Niestety z powodów nie zależnych ode mnie (brak dostępu do internetu z powodu awarii) nie było wpisu przed meczem, postanowiłem trochę połączyć zaplanowany wpis, przed meczowy, z pomeczowym, jak wyszło? Zaraz się przekonamy.
„Derby z City? Derby to my mamy z Liverpoolem, to wynika z historii.” Mniej więcej takie słowa wypowiedział sir Alex Ferguson, na konferencji przed meczem dwóch drużyn z Manchesteru, United i City. Manager drużyny z Old Traford, mówił to nawiązując do różnicy między tradycją a pieniędzmi. O samej konfrontacji tych dwóch czynników we współczesnej piłce nożnej, może kiedy indziej.
Kilka dni temu, Gary Neville mówił o wielkim szacunku dla Liverpoolu, i o tym, że nie należy na leży The Reds skreślać w wyścigu o mistrzostwo Anglii. Ogólnie sam szanuję Manchester jako tego największego historycznego przeciwnika, i takich zawodników jak Giggs czy van der Sar. Każdy taki mecz jednak to wojna na boisku i uczta dla kibiców obu drużyn, ale również dla sympatyków piłki nożnej lubiących obejrzeć dobry angielski football. Jednak mecze Liverpoolu z Manchesterem United nigdy nie będą przyciągały takiej uwagi europejskich mediów jak mecze Realu Madryt z Barceloną, ale to już z powodu specyfiki gry na boiskach hiszpańskich, gdzie liczy się przede wszystkim piękno gry, zwody nie zwody, sztuczki techniczne, na które zawodnik ma na ogół trochę więcej miejsca i czasu niż w Anglii.
A teraz już o samym meczu. Skład przed meczem był do przewidzenia, może była jedna niewiadoma, mianowicie środek obrony, kto z vice-kapitanem Carragherem, Agger czy Skrtel? Benitez postawił na Duńczyka i nie zawiódł się, z Carrą zgrali świetne zawody, podobnie jak cała drużyna. Na wyróżnienie zasługuje tak naprawdę cała drużyna i każdy po kolei, ale teraz o tym bez kogo nie było by tej wygranej, czyli Rafa Benitez. Mimo braku najważniejszego zawodnika, jakim niewątpliwie jest Gerrard, zdołał tak ustawić i zmotywować zawodników, aby wygrać mecz z przeciwnikiem, z którym za często nie wygrywał Liverpool za kadencji Hiszpana.
Każdy zawodnik spisał się wspaniale, jednak ja skupię się na dwóch, najmłodszych w Liverpoolu w tym meczu grających w podstawowym składzie. Wiadomo w Liverpoolu, nie grają masowo zawodnicy poniżej 20 roku życia, ostatnio swoje epizod zaliczył Kelly (19 lat), tak to takich zawodników nie ma. W meczu z Manchesterem najmłodszymi byli Lucas (22 lata) i Insua (20), pierwszy krytykowany od początku sezonu za słabą postawę, i za to, że nie spełnia pokładanych w nim nadziei, a drugi wręcz przeciwnie, chwalony za dotychczasowe występy a walczył o pozycję z dwoma bardziej doświadczonymi zawodnikami jakimi są Aurelio i Dossena.
Lucas w trakcie całego meczu miał !jedno! niecelne podanie, w poprzednich zdarzało się to znacznie częściej, grał kreatywnie i z pomysłem, nie szukał tylko podania do najbliższego tylko po to, żeby pozbyć się piłki, starał się rozgrywać i kreować grę jak robił to Alonso, a do tego zaliczył asystę która była ukoronowaniem jego występu. Pytanie jednak czy będzie teraz grał tak kreatywnie w każdym meczu?
Insua, który miał być podobno „zjedzony” przez Valencię, pokazał, że mimo braku takiej szybkości, jaką miał skrzydłowy czerwonych diabłów, potrafił się dobrze ustawić. Do tego dołożył trochę gry z przodu, a kilka razy można było go zobaczyć na środku boiska, i próbował swoich sił w rozegraniu, jak będzie dalej mu to szło, zobaczymy.
Teraz pytanie, czy ten mecz to był początek świetnej serii, czy tylko pojedynczy dobry mecz w wykonaniu The Reds? Odpowiedź poznamy zapewne w najbliższych dwóch tygodniach, bo potem znowu czeka nas przerwa reprezentacyjna.
wtorek, 27 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz